Vq: Z jakiego stada pochodzisz?
Dq: Stada z Lazurowego Wybrzeża, a ty?
Vq: Nazwa mojego stada brzmi Stado Karej Róży. - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Dq: Skoro te tereny są i nasze i wasze to może się nimi podzielmy?
Vq: Jestem za. To jakby tutaj chodził jakiś nieznany wam koń, to znaczy, że należy do mojego stada. - znów uśmiechnął się.
Dq: Wiem, że to może zabrzmieć głupio, bo jesteśmy z różnych stad, ale... Może zaprzyjaźnimy się? - w duchu miałam nadzieję, że z tej przyjaźni wyjdzie coś więcej.
Vq: Chętnie. Opowiesz mi coś o sobie?
Dq: Więc moje życie nie było takie happy. Moja matka, która nazywa się Daisy, miała i nadal ma za partnera Kyara, który jest betą, jak łatwo się domyśleć. Niestety mama raz... - z wielkim bólem dokończyłam - Go zdradziła z nijakim Trevorem. - jego imię powiedziałam z odrazą.
Vq: Niegrzeczna alfa, co? - przewrócił oczami.
Dq: Niestety. Urodziła wtedy mnie i mojego brata, Carlosa. Nie mogłam mu wybaczyć, tak jak Kyar nie umiał spojrzeć na Daisy. Na szczęście po jakimś tam czasie, całkiem niedawno, Torr zginął. - uśmiechnęłam się złowieszczo.
Vq: Jesteś z tego powodu szczęśliwa?
Dq: Miałabym być smutna? Miałabym żałować za ohydnym ogierem, który uprawiał seks z Alfą?! - krzyknęłam.
Vq: Zrzuć trochę z tonu. - uśmiechnął się delikatnie i łagodnie.
Dq: Przepraszam, ponosi mnie. - westchnęłam, uspokajając się. - A ty... Jaką masz historię?
Vq: Moja także nie była za piękna... Byłem ogierem wystawowym. Jak wiesz, to niezłe upokorzenie... - spuścił łeb. - Najbardziej nie lubiłem, kiedy robili mi zdjęcia. Często pojawiałem się na okładkach magazynów i w ogóle byłem sławny...
Dq: Ale jednak jesteś tu, nie tam. - uniosłam brew.
Vq: Na jednej sesji zdjęciowej, kiedy jakaś zjawiskowo piękna dziewczyna zakładała mi uprząż, pozując do zdjęć, flesz błysnął mi prosto w oczy.
Dq: Jak to?
Vq: To był nowy fotograf i zapomniał go wyłączyć - pokiwał głową z głupoty człowieka.
Dq: Dureń!
Vq: Wiem. No ale dasz mi dokończyć?
Dq: Jasne. - zaśmiałam się sztywno.
Vq: Przestraszony i oślepiony światłem chciałem uciec. Na szczęście jeszcze coś tam widziałem, więc nie wpadałem na drzewa. Miałem wtedy 2 lata, więc byłem jeszcze młodzikiem. Po ucieczce i powrocie dobrego wzroku postanowiłem, że założę stado.
Dq: Dlaczego akurat Karej Róży, a nie np. Czarnej?
Vq: Moja matka miała na imię Róża i była karej maści. Wiem, wyda ci się to dziwne, bo nie mam ani trochę czarnego na sobie. Ale jestem taki, ponieważ to mama była "wyrostkiem". Nasza linia była sławna z maści palomino, a tu nagle mama rodzi się kara!
Dq: Może to wina twojego dziadka?
Vq: Nie. Jak już mówiłem, byłem perełką ludzi. Konie nie mogły wybierać swojej połówki, a ludzie nam kazali wzajemnie się kryć. Dziadek też był palomino...
Dq: A jakiś starszy osobnik?
Vq: Nie. WSZYSCY byli palomino, po prostu mama stała się czarną owcą...
Dq: Dziwne. Ale nazwa stada jest szlachetna. - uśmiechnęłam się.
Vq: Po prostu tęskniłem za nią. Ona jest patronem naszego stada. - westchnął.
D: Daiquiri! - usłyszałam wołanie mamy.
Dq: Przepraszam, muszę już lecieć. Mama mnie woła, chyba coś przeskrobałam. - zaśmieliśmy się. Na pożegnanie obdarowałam go uśmiechem, po czym pobiegłam do Daisy.
<Daisy?>
Dq: Stada z Lazurowego Wybrzeża, a ty?
Vq: Nazwa mojego stada brzmi Stado Karej Róży. - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
Dq: Skoro te tereny są i nasze i wasze to może się nimi podzielmy?
Vq: Jestem za. To jakby tutaj chodził jakiś nieznany wam koń, to znaczy, że należy do mojego stada. - znów uśmiechnął się.
Dq: Wiem, że to może zabrzmieć głupio, bo jesteśmy z różnych stad, ale... Może zaprzyjaźnimy się? - w duchu miałam nadzieję, że z tej przyjaźni wyjdzie coś więcej.
Vq: Chętnie. Opowiesz mi coś o sobie?
Dq: Więc moje życie nie było takie happy. Moja matka, która nazywa się Daisy, miała i nadal ma za partnera Kyara, który jest betą, jak łatwo się domyśleć. Niestety mama raz... - z wielkim bólem dokończyłam - Go zdradziła z nijakim Trevorem. - jego imię powiedziałam z odrazą.
Vq: Niegrzeczna alfa, co? - przewrócił oczami.
Dq: Niestety. Urodziła wtedy mnie i mojego brata, Carlosa. Nie mogłam mu wybaczyć, tak jak Kyar nie umiał spojrzeć na Daisy. Na szczęście po jakimś tam czasie, całkiem niedawno, Torr zginął. - uśmiechnęłam się złowieszczo.
Vq: Jesteś z tego powodu szczęśliwa?
Dq: Miałabym być smutna? Miałabym żałować za ohydnym ogierem, który uprawiał seks z Alfą?! - krzyknęłam.
Vq: Zrzuć trochę z tonu. - uśmiechnął się delikatnie i łagodnie.
Dq: Przepraszam, ponosi mnie. - westchnęłam, uspokajając się. - A ty... Jaką masz historię?
Vq: Moja także nie była za piękna... Byłem ogierem wystawowym. Jak wiesz, to niezłe upokorzenie... - spuścił łeb. - Najbardziej nie lubiłem, kiedy robili mi zdjęcia. Często pojawiałem się na okładkach magazynów i w ogóle byłem sławny...
Dq: Ale jednak jesteś tu, nie tam. - uniosłam brew.
Vq: Na jednej sesji zdjęciowej, kiedy jakaś zjawiskowo piękna dziewczyna zakładała mi uprząż, pozując do zdjęć, flesz błysnął mi prosto w oczy.
Dq: Jak to?
Vq: To był nowy fotograf i zapomniał go wyłączyć - pokiwał głową z głupoty człowieka.
Dq: Dureń!
Vq: Wiem. No ale dasz mi dokończyć?
Dq: Jasne. - zaśmiałam się sztywno.
Vq: Przestraszony i oślepiony światłem chciałem uciec. Na szczęście jeszcze coś tam widziałem, więc nie wpadałem na drzewa. Miałem wtedy 2 lata, więc byłem jeszcze młodzikiem. Po ucieczce i powrocie dobrego wzroku postanowiłem, że założę stado.
Dq: Dlaczego akurat Karej Róży, a nie np. Czarnej?
Vq: Moja matka miała na imię Róża i była karej maści. Wiem, wyda ci się to dziwne, bo nie mam ani trochę czarnego na sobie. Ale jestem taki, ponieważ to mama była "wyrostkiem". Nasza linia była sławna z maści palomino, a tu nagle mama rodzi się kara!
Dq: Może to wina twojego dziadka?
Vq: Nie. Jak już mówiłem, byłem perełką ludzi. Konie nie mogły wybierać swojej połówki, a ludzie nam kazali wzajemnie się kryć. Dziadek też był palomino...
Dq: A jakiś starszy osobnik?
Vq: Nie. WSZYSCY byli palomino, po prostu mama stała się czarną owcą...
Dq: Dziwne. Ale nazwa stada jest szlachetna. - uśmiechnęłam się.
Vq: Po prostu tęskniłem za nią. Ona jest patronem naszego stada. - westchnął.
D: Daiquiri! - usłyszałam wołanie mamy.
Dq: Przepraszam, muszę już lecieć. Mama mnie woła, chyba coś przeskrobałam. - zaśmieliśmy się. Na pożegnanie obdarowałam go uśmiechem, po czym pobiegłam do Daisy.
<Daisy?>
Admin widzi wszystko. Kiedy wychodzisz, z kim się spotykasz, kiedy idziesz spać...
~ Daisy
~ El Diablo
~ Sophie
~ El Shafire
~ Daisy
~ El Diablo
~ Sophie
~ El Shafire